Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ja Matka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ja Matka. Pokaż wszystkie posty
Matka tez kobieta :) bielizna od Konrad Lingerie

piątek, czerwca 19, 2015

Matka tez kobieta :) bielizna od Konrad Lingerie

Dzisiaj pozwolę sobie na taki powiedzmy mały off top ;)

Chcę Wam opowiedzieć o pewnej bieliźnie, która mnie urzekła, a mianowicie o bieliźnie Konrad.

Do testów otrzymałam bieliznę linii Briana:
Bielizna jest niezwykle wygodna, i przede wszystkim niewidoczna pod ubraniem ;)
Uwydatnia walory - to cecha, którą my kobiety w bieliźnie kochamy najbardziej ;)

Bielizna ta jest bardzo kobieca,  ale nie wzywająca. Ma w sobie to coś, ale nie krzyczy "weź mnpie". Piękne i mocne szycia, nie wbijające się w ciało ramiączka, ani fiszbiny, to tylko kilka zalet. Po więcej wrażeń zapraszam Was moje drogie, aby kupić i się przekonać o czym mówię ;)

Po kilku tygodniach użytkowania nie widać żadnych zniszczeń spowodowanych poprzez jej pranie w pralce, duży plus. Cenę jaką poniesiemy przy jej kupnie ta cecha doskonale rekompensuje. Można kupić furę bielizny i wyrzucić ja po jednym użyciu, dlatego że po praniu nie będzie nadawała się do niczego, ta jest inna. Droga, ale zarazem ekonomiczna. ;)

Serdecznie polecam zakupienie bielizny Konrad. Nie będziecie żałować swojego wyboru. 




Łosoś Norweski - steki marynowane w ziołach - szybki i smaczny obiad z MyFood

czwartek, maja 21, 2015

Łosoś Norweski - steki marynowane w ziołach - szybki i smaczny obiad z MyFood

Dzisiaj była taka pogoda, że nie chciało się ruszać ani ręką, ani nogą.. Brak słońca nie nastraja pozytywnie, aczkolwiek deszcz jest potrzebny i kwestionować tego nie zamierzam.

Na szczęście w zamrażarce był on! Łosoś i to jeszcze zamarynowany, pomyślałam - jesteśmy uratowani!

Długo się nie namyślając nastawiłam pęczak i zabrałam się za otwieranie opakowania ze stekami z łososia od MyFood. Więcej info o tym cudownym łososiu możecie znaleźć na stronie producenta MyFood.

W kartonowym opakowaniu mieszczą się dwa osobno zapakowane w folię, mrożone steki z łososia, o wadze 250 g. Są pozbawione ości, co niezmiernie zapewne wszystkich cieszy. Nikt chyba nie lubi przesiadywać mnóstwa czasu nad rybą z setką ości, w rezultacie zjadając ją zimną, bu :(

Skład:
  • Łosoś Atlantycki 90%
  • Marynata 10%: olej słonecznikowy, sól, bazylia, rozmaryn, oregano, pietruszka tymianek, pieprz czarny, pieprz biały, czosnek w proszku, pomidory w proszku
Na opakowaniu możemy dostrzec propozycję 3 form przygotowania steków: patelnia, piekarnik, kuchenka mikrofalowa. Poszłam w jeszcze innym kierunku, przygotowałam steki w parowarze, bo w parowarze można przygotować obiad równie smacznie. :)

Wystarczyło 15 minut i obiad był gotowy!
Łososia uwielbiam i uwielbiałam zawsze, ale nigdy nie udało mi się go tak dobrze doprawić jak tutaj.
Warto kupić i mieć na czarną godzinę w zamrażarce. Zawsze może się zdarzyć dzień niemocy kuchennej i wtedy rach ciach! przygotujecie pyszny i zdrowy obiad. :)

Stek był kruchy i soczysty, doskonale komponował się z kaszą pęczak doprawioną sosem sojowym i olejem z pestek dyni.


Herbata z owocu granatu - Cabas.pl

środa, maja 20, 2015

Herbata z owocu granatu - Cabas.pl

Bardzo lubimy herbaty, w których przed parzeniem widzimy co tak na prawdę będziemy parzyć, a później pić.
Ekspresowe torebki nie spełniają tego wymogu co wywołuje pewien dystans w moim odczuciu.

Na herbatę tę skusiłam się w moim ulubionym bazarze w sieci Cabas.pl. Już Wam nie raz o nim wspominałam i nadal uważam, że warto.

Herbata ta od razu skradła moje serce, tak jeszcze na ekranie komputera. Dlaczego? Dlatego, że owoce, z których się składa zostały wysuszone bez użycia konserwantów i sztucznych dodatków!
Cenię tę zaletę ogromnie, bo uważam, że jeśli da się coś zrobić zdrowo i z głową, to czemu inni producenci tego nie robią i tworzą chemiczne, świecące w ciemności "paczki z żywnością"?

Skład:
  • skórki owocu granatu
  • hibiskus
  • suszone jabłka
  • dzika róża
Jak widzicie sama natura.
Polecam parzyć ją w specjalnych zaparzaczkach, gdyż suszone jabłka wg mojego doświadczenia po prostu nie chcą zatonąć ;)

Ta turecka herbata zawiera duże ilości witaminy C wzmacniającej odporność, a sam owoc granatu jest znany z poprawiania zdolności koncentracji i spowalniania procesów starzenia się.

Pijemy ją razem z Oskarkiem na śniadanie, bez obaw podaję ją dziecku, dlatego że nie znajdę nic bardziej naturalnego do zaparzania w formie herbaty, chyba rozumiecie sami.
A Wy? Podalibyście taką herbatkę swojemu dziecku? Mam nadzieję, że Was przekonałam.

Od ręki można ją kupić TUTAJ.

A ja sobie ją właśnie popijam :))))


Kiełki własna hodowla. Lekcja 1. :)

czwartek, stycznia 15, 2015

Kiełki własna hodowla. Lekcja 1. :)


Dlaczego kiełki, a nie po prostu już wyrośnięte warzywa?
Nasiona, aby mogła z nich wyrosnąć dorodna roślina, robią co w ich mocy, aby były bogate w witaminy i minerały. :)
Tak na prawdę w nasionku, które kiełkuje wytwarzają się enzymy, dzięki którym właśnie są one bogate w witaminy i minerały.
Kupując nasionka u dobrego źródła, mamy pewność, że zjemy roślinki, które są bardzo zdrowe i zupełnie nie skażone żadną chemią! Nasionka muszą być specjalnie do tego przeznaczone, nie można kiełkować nasion, które służą do wysiewania w ogrodzie, gdyż są one zakonserwowane, obtoczone w bejcy.

Dość tego gadania, zapewne każdy z Was o tym wie. Zajmijmy się lepiej tym, jak się do tej hodowli zabrać.

Kiełki można hodować w kiełkownicach, niektórzy nie lubią tego sposobu ja natomiast jestem jego zwolenniczką. Kiełkownica posiada 3 szalki z odpływami, na każdym z nich możemy przygotować inny rodzaj kiełków. Moja wygląda tak i jest do kupienia np. w sklepach internetowych i na allegro:


Są także inne sposoby, bardziej domowe, np. można hodować na ligninie, w słoiku, na sitku, a także w ziemi, choć jest później to dość trudne do wypłukania.

Kupiliśmy już kiełkownicę, zaopatrzyliśmy się w kilka torebek nasionek. Przy zakupie nasionek kierujcie się własnym gustem, np. jeśli lubicie rzodkiewkę - kiełki na pewno Wam posmakują, jeśli lubicie bazylię, to kiełki z niej również przyniosą Wam wiele dobrych doznań smakowych.

Szalki przed użyciem trzeba dobrze umyć i najlepiej przelać octem. 
Nasionka przepłukać na sitku i zamoczyć na kilka godzin w letniej, przegotowanej wodzie. Namaczanie będzie trwało przy każdych nasionkach dłużej lub krócej, ale o tym w następnych wpisach, gdzie kolejno będę opisywać poszczególne rośliny.
Kiełki codziennie, nawet dwa razy dziennie należy przelewać letnią wodą, nadmiaru wody pozbywać się, aby nie doprowadzić do rozwoju pleśni. Ważny jest także dostęp powietrza, ja swoje na pół dnia lekko uchylam, w ten sposób każda z szalek ma dostęp do powietrza. 
Może zaproponujecie w komentarzach o kiełkach jakich roślin chcielibyście poczytać? :)

Przeżyj to sam - mój poród.

niedziela, listopada 30, 2014

Przeżyj to sam - mój poród.

      Od dawna chciałam o tym napisać, tylko zbierałam się i zbierałam i ciągle miałam coś takiego w głowie, że po co, że może to tak miało być, chociaż to był horror.. Nie wiem czemu tyle z tym zwlekałam, na dobrą sprawę powinnam iść z tym do ordynatora i tyle, ale nie poszłam. Czy dobrze zrobiłam? Pewnie nie, choć szpital aż huczał, bo mąż narobił zadymy ale jakoś nikt specjalnie na to uwagi ostatecznie nie zwrócił. Podobno mam jeszcze szansę, aby złożyć skargę. Tylko na kogo? Nikt mi się nie przedstawiał, a gdyby się przedstawił to pamiętałabym?
Opiszę to bez ogródek, jeśli nie chcecie czytać o porodzie, nie przewijajcie dalej ;)

   
      Zaczęło się 05.06.2014

      O godzinie 6 rano obudziłam się wyspana i przepełniona energią, było inaczej niż zwykle. W toalecie także okazało się, że coś się dzieje, śluz był różowy i mimo tego, że w ciąży plamiłam aż 3 razy to tym razem wydało mi się to czymś innym niż tamte wcześniejsze. Wmawiałam sobie jednak, że to nie może być już teraz. Termin miałam wyznaczony na 15.06. Nie byłam przygotowana psychicznie na to, że to już dziś.

      W ciągu dnia mężuś zrobił jeszcze pizze, najadłam się nią po uszy i praktycznie do wieczora czas spędziłam na piłce do ćwiczeń, takiej duuuużej z biedry i wiecie co? Moja była tysiąc razy lepsza od tej w szpitalu, tamta za niska i twarda, eh szkoda gadać, miałam porównanie więc żałowałam tylko, że nie wzięliśmy jej później ze sobą. Wieczorem dopiero z racji upałów wyszłam na spacer ze znajomymi, mężem i pieskiem. Przez cały dzień miałam nieregularne lekkie skurcze.

      Po 22 zaczęło boleć nieco mocniej, stwierdziłam, że przeznaczenia oszukać się nie da ;) Mąż zniósł torbę do samochodu, ja poszłam pod prysznic. Po prysznicu ubrałam się i zeszliśmy na dół do auta, zaczął lekko kropić deszcz, ja znowu wahałam się czy, aby na pewno już powinniśmy jechać. Posiedzieliśmy z pół godziny i coraz silniejsze skurcze same zadecydowały. W drodze do szpitala trafiliśmy jeszcze na drogowców, którzy malowali pasy.. o losie! Nie chcieli nas przepuścić, mówili żebyśmy chwilę poczekali. No ok w jedną małą chwilę to chyba nie urodzę. Do szpitala dotarliśmy na chwilę przed północą.

      Po przyjeździe położna z izby przyjęć stwierdziła, że nie wyglądam na taką, która rodzi, bo nie pokazuję po sobie, że mnie boli.. a co miałam już wrzeszczeć? Powiedziała, że lekarz mnie zbada i zadecyduje, czy mam jechać do domu, czy będę przyjęta. Lekarz zbadał, zapytał: "a pani to sobie z takim 4-centymetrowym rozwarciem to sobie w domu siedziała?" i rzucił ręcznikami papierowymi w brzuch, abym się wytarła z żelu.

      Położna przyjęła do szpitala, kazała się przebrać w koszulę, zdjąć "staniczek" i położyć się na kozetce. Pytanie po co? A no po lewatywe.. mówię jej, że byłam już dzisiaj w toalecie z tysiąc razy i wolałabym nie, a ona: "lekarz przepisał, to robię" jeżeli jest taka możliwość i nie czujecie potrzeby, nie zgadzajcie się, mnie wymęczyło to tak, że na to co trzeba nie miałam już później siły..

      Pojechaliśmy windą na oddział, poród rodzinny, toalety w pokoju brak, trzeba chodzić, w sumie nawet lepiej chodzić ale lewatywa.. oj dała o sobie znać. Dopiero koło 4 nad ranem mogłam iść pod prysznic, ulżyć sobie ciepłą wodą. A tak poza tym to standard, KTG co jakiś czas i badanie.

      Mąż przed 6 pojechał do mieszkania wyprowadzić pieska, a mi się zachciało spać, więc sobie na chwilę przysnęłam. Ten sam lekarz natomiast, który rzucał we mnie ręcznikami, przestraszył mnie, że "tutaj porodówka tu się nie śpi, pani śpi czy rodzi?!" Wiecie co? Teraz to bym mu coś odpowiedziała, wtedy pełna obaw co stanie się za chwilę, jakoś zapomniałam "języka w gębie". No i po odpoczynku, a organizm zwyczajnie chciał się zregenerować przed kulminacyjnym momentem, bo skurcze nad ranem były już dość uciążliwe, a na tamtą chwilę praktycznie uspokoiły się.

      Około 9 zmienił się personel, położne które na tę zmianę przyszły były okropne. Jedno co nas ratowało w tej całej sytuacji, to praktykantka z pierwszego roku studiów i jej mentorka. Na wszystkie pytania odpowiadała, a kiedy czegoś nie wiedziała dopytywała u personelu. Była prawie przy każdym skurczu, chwaliła i współczuła, mam nadzieję, że nie zmieni się w czasie studiów i będzie świetną położną.

      Skurcze nie do wytrzymania, chcesz iść do toalety, a tam tabun studentów, zero intymności, każdy się gapi, kiedy w połowie drogi łapie cię skurcz..
   
      Jedna z położnych miała wadę wymowy, tyle pamiętam i to jak za każdym razem kiedy przychodziła mówiła: "pani wiolu my chcielibyśmy, żeby te skurcze były już większe" i cap mnie za pierś, bo to zwiększa intensywność skurczy, ok, ale takie podchody to było nic tylko kolejne cierpienie bo piersi bolały okrutnie kiedy tak z nienacka na nie naciskała :/ raz też usłyszałam od niej, że nie umiem oddychać, w szkole rodzenia powinni mnie nauczyć. Nie nauczyli. Ostatecznie była na tyle łaskawa, że powiedziała jak mam oddychać i za każdym skurczem przypominał mi o tym mąż, który czuwał przez każdą sekundę spędzoną ze mną podczas tego pięknego dnia.

       Obchód godzina około 10, zbiegowisko stwierdziło, że trzeba mi przebić pęcherz płodowy, bo rozwarcie 7 cm, a wody dale nie odchodzą. Sprawę tę powierzyli studentce pierwszego roku i zgadnijcie czy się udało. Oczywiście, że nie. Ból jaki wtedy poczułam cisnął do moich oczu hektolitry łez. Czyli dalej nic.

       Pół godziny przed cc podano mi oksytocynę, jeszcze kilkanaście dni po porodzie czułam skutki "szybszego wprowadzania" jej do mojego krwioobiegu, położna z wadą wymowy wcierała ją  moją rękę z należytym zapałem. Z tych ostatnich momentów pamiętam niewiele, miałam już na prawdę dość. Mąż z bezsilności miał taki smutny wyraz twarzy, że nie wiedziałam już co z nami będzie..

URYWKI Z OSTATNIEJ CHWILI:


  • Lekarz krzyczy na położne czemu te nie zareagowały szybciej.
  • Tlen.
  • Więcej tlenu.
  • Skurcz.
  • Położenie mnie na płaskim łóżku.
  • Położna z wadą wymowy co chwila każe mi się przekręcać na boki.
  • Padam z wycieńczenia, mówię że już więcej nie wytrzymam, dziecko napiera.
  • Przebili pęcherz płodowy, słyszę, że zielone wody. Tętno maleje...
  • "Pani nas zupełnie nie słucha!"
  • Decyzja: cesarka. Nie byłam już wtedy na tyle świadoma, żeby cokolwiek zrobić.
  • Położne biorą mnie pod pachy, mąż mówi im żeby mnie czymś zawiozły, a one: "ale jak skoro łóżko nie ma kółek"
  • Idę na blok. "Ile ma pani wzrostu?" (Czy to na prawdę istotne?! Teraz?!) 169 cm, "no chyba na obcasach" (Bez komentarza)
  • Złapał cię skurcz? Spróbuj wejść na łóżko operacyjne.
  • Kolejny skurcz, a anestezjolog mówi, żebyś wygięła się jak kot, bo będzie robił znieczulenie: "pani chyba na jakichś prochach jest, mówię do pani, a pani mnie w ogóle nie słucha!" położna, ta sama co wcześniej, pomaga mi się wygiąć.
  • Znieczulenie zaczyna działać, zaczynam do nich mówić, bo widzę, że mój lekarz prowadzący wykonuje cc. Anestezjolog: "taka fajna dziewczyna, a słuchać nie chciała" 
Ciąg dalszy nastąpi...
Copyright © Gotuj i Mieszkaj , Blogger